Magda poprosiła mnie o artykuł na temat tzw. Metody Krakowskiej. Długo się zastanawiałam czy i jak go napisać, bo nie chciałabym nikogo bronić ani też w żaden sposób metody „reklamować”, bo jakoś reklamy żadnej nie lubię. Czym zatem ma być dla mnie ten artykuł?  Otóż ma być odpowiedzią na pytanie w jaki sposób ja prowadzę zajęcia z dziećmi tą metodą. Nie chcę mówić o wszystkich terapeutach, bo ich nie znam. Nie chcę nadstawiać głowy, piszę o sobie i o tych, którzy rozumieją ją tak samo, jak ja. A wiem, że jest ich niemało.

Ja – to znaczy kto? Nazywam się Katarzyna Czyżycka, części Internautów jestem znana jako „Głoska”. Jestem logopedą i nauczycielem języka polskiego jako drugiego. Piszę doktorat u prof. Cieszyńskiej – twórczyni MK. Pracuję w Niemczech.

Często czytam zarzuty odnośnie MK na forach i portalach społecznościowych. I choć nie metoda jest winna, a ludzie, którzy nią pracują – to i tak jednostki ciągną wszystkich.

Zacznijmy od początku J Pierwszym najważniejszym punktem jest to, że MK nie jest lekiem na całe zło tego świata. Jest metodą dostosowaną do dzieci małych (tj. do 7 r.ż.). I to też nie wszystkich – logicznym jest, że inaczej pracujemy z dzieckiem, które ma m.in. fizjologiczne przyczyny niemówienia (np. problemy ze spastycznością czy rozszczepem podniebienia) , a inaczej z takim, z którym fizycznie wszystko jest ok.  MK wg mnie dostosowana jest do tej drugiej grupy i dla dzieci z zaburzeniami słuchu. Bowiem na dzieciach głuchych wyrosła.

Często słyszę, że MK nie lubi komunikacji alternatywnej i wspierającej oraz, że w ogóle nie odróżnia komunikacji informacyjnej od perswazyjnej. I w ogóle uczy „bezsensownego” mówienia, np. do ściany. Otóż nie – faktycznie prof. Cieszyńska często na forach mówi o tym, że nie dajemy małemu dziecku piktogramów czy nie używamy „sztucznych gestów”, ale jednocześnie podkreśla jak ważny jest gest w rozwoju człowieka! W „Metodzie Krakowskiej wobec zaburzeń dzieci” pisze „Komunikacja niewerbalna nieodłącznie towarzyszy językowi, przekazując tylko znaczenie wypowiedzi, ale równocześnie widzę kulturową. (…) Gest jest zawsze symbolem, a jego użycie w terapii uzasadniamy faktem aktualizacji przestrzennej i zatrzymanej dłużej niż dźwięk, co w sytuacji zakłóceń przetwarzania informacji linearnych czy zaburzeń struktury lewej półkuli mózgu lub/i spoidła wielkiego jest całkowicie uzasadnione.(…) Podstawową zasadą w terapii MK jest przyjmowanie testowej komunikacji dziecka (na tyle oczywiście, na ile to okaże się możliwe) i zawsze użycie w interakcji języka. Werbalne wypowiedzi terapeuty muszą być dostosowane do możliwości odbioru znaczeń przez dziecko, mogą im towarzyszyć gesty, ale słowo jest niezbędnym elementem każdej sytuacji komunikacyjnej.” Czy z powyższego cytatu nie wynika, że gest jest bardzo ważny w rozwoju dziecka? Dalej czytamy, że dzieci, u których stwierdzone są zaburzenia komunikacji o różnym spectrum i odmiennej głębokości, mają problemy m.in. ze śledzeniem ruchu warg i języka, słuchaniem realizacji i naśladowaniem artykulacji. „Zanim pojawi się zdolność posługiwania się językiem” – pisze Cieszyńska – „konieczne jest uruchomienie naśladowania gestów.” Co jest błędem terapeutów opisywanych na forach? To, że choć używają gestów do komunikacji z dzieckiem, sami nie zdają sobie sprawy, jak ważne jest to, aby mówić o nich rodzicom. Rodzice wiedzą o znaczeniu gestu, ale kiedy słyszą, ze „gest hamuje mowę” (skąd oni to wzięli?! Sama Cieszyńska pisze o Gestach Artykulacyjnych i Interakcyjnych przecież) lub „my gestów do komunikacji nie używamy” (i tu w znaczeniu, że nie używają m.in. makatonu czy innych „gestowych języków”), od razu zapalają czerwoną lampkę.
Co z obrazkami i komunikacją obrazkową?  Dlaczego dzieci nie mogą dostać piktogramów?! Kiedyś pewna pani wyśmiała mnie na portalu społecznościowym. Bo napisałam na blogu, że uczę dziecko (etapami!), że miś i czarnobiały obrazek misia to to samo i rybka w akwarium i kontur rybki na obrazku to to samo. A tymczasem jej autystyczny 5letni syn „nie traci czasu na takie głupoty i dzięki piktogramom wie, że kontur ryby może oznaczać jednocześnie i rybę w akwarium i potrawę.” A to nie tak – w MK zaczynamy pracę najczęściej z dzieckiem małym. I dlatego bierzemy misia (zabawkę) i zdjęcie misia, autko i zdjęcie autka i uczymy malucha, ze to zdjęcie tego misia to to samo, co miś. A zdjęcie autka, to to samo, co autko. Bo MAŁE dziecko nie potrafi jeszcze zamienić konkretnej rzeczy na obraz prawie jednakowy, jakby się zdawało dorosłym. Potem uczymy je, że zdjęcie misia i kolorowy obrazek misia to to samo, następnie, że kolorowy miś i kontur misia to to samo, a na końcu, że kontur misia (a przez to i miś zabawka) to etykietka MIŚ. To chwilę trwa, ale szybciej niż u dziecka niestymulowanego. Dzięki takiej technice szybciej wprowadzamy napisy globalne i dziecko może się nimi posługiwać w komunikacji. I wtedy etykieta RYBA będzie oznaczała zarówno potrawę, jak i rybę w akwarium. Czy to znaczy, że zanim nie nauczymy dziecka symbolizacji ono nie ma prawa się z nami komunikować? Oczywiście, ze nie! Przecież jednocześnie wprowadzamy mu gesty, o których pisałam wyżej, oraz dziennik wydarzeń. I mowę oczywiście.
Dziennik wydarzeń to taki zeszyt, w którym dziecko zapisuje co danego dnia robiło. W sumie to zapisuje rodzic J Są tam najważniejsze momenty z dnia dziecka: to, że je obiad, to, że idzie na dwór itp. Ale w dzienniku pojawiają się też nowe słowa. I jeśli malec nie jest w stanie tych słów/fraz wymówić, bierze taki dziennik i pokazuje rodzicom. I już J Warunkiem jest to, że rodzic powinien opisać tę sytuację werbalnie oraz werbalnie na nią odpowiedzieć. I zachęcać do mówienia. Ważne jest także to, aby dziennik był utrwaleniem rozmowy, także wtedy, kiedy dziecko nie przejawia intencji komunikacyjnej. Oraz, żeby nie był „zastępcą” mowy.

20140723_132531

Jakie jeszcze zastrzeżenia mają przeciwnicy MK? Ano to, że posadziliśmy dzieci przy stolikach. Znana prawda ludowa jest taka, że dziecko małe + stolik to nie jest zawsze dobre połączenie. Dlaczego więc stolik? Dlatego, że po pierwsze: ma ograniczoną powierzchnię. A to bardzo ważne w przypadku dzieci z trudnościami w odnalezieniu z drugą osobą wspólnego pola uwagi. Są takie dzieci (naprawdę są i nie jest ich mało!!), które lubią pracować przy stoliku. Wtedy się koncentrują na zadaniach.  Ale są też takie, które przy stoliku nie wysiedzą. W „Głosce” nie trzymamy takich dzieci na siłę przy stoliku, ale przechodzimy na podłogę. Tyle, że na tej podłodze mamy także ograniczone pole pracy – kocem, kartkami, szarfą. I układamy konkretnie na tym polu. Dziecko ma prawo wiercić się, kręcić, czasem skaczemy i biegamy, ale zawsze w rejonie określonego pola. Stopniowo i powoli przechodzimy do nauki przy stoliku, ale sam mebel nie jest główną „atrakcją” terapii. Inna bajka, że terapeuci behawioralni także pracują przy stoliku, a nie wzbudzają takich emocji jak MK.
Po drugie – przy stoliku znajduje się zazwyczaj mało rzeczy, a wszyscy wiemy, że dla dzieci z trudnościami rozwojowymi ważne jest to, aby się skupiły na zadaniu.

I najważniejsze – kiedy dziecko „rusza” – zadaniem mamy jest odejść od stolika w domu, a wszystkie zadania przenieść na życie codzienne. Bo celem terapii MK jest nauczenie dziecka prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie, a nie wykonywanie zadań przy stoliku.

Co do dyrektywności metody – sama prof. Cieszyńska napisała na forum „Centrum Metody Krakowskiej”, że „metoda jest dyrektywna na takim poziomie, na jakim dyrektywne jest wychowanie KAŻDEGO ZDROWEGO DZIECKA.” W praktyce oznacza to tyle, że jestem stanowcza – owszem. Ale żadne dziecko się mnie nie boi, żadne nie krzyczy na mój widok (no dobra, Jeremiasz zaczął płakać, kiedy zaczęłam śpiewać). Czasem mają takie dni, że nie chcą ćwiczyć (bo terapia – choć wsadzona w najciekawszą zabawę – jest dla dzieci ciężką pracą). Kto takich nie ma? Zawsze chętnie ćwiczyliście na WFie czy rozwiązywanie zadań z matmy? Choćby tych najciekawszych? Wyznaję zasadę, że podczas zajęć nie może stać się dziecku krzywda. Ale krzywdą nie jest to, że ono stoi na środku  gabinetu i płacze, bo „nie chcę tego robić!”, bo chce pokazać mnie i mamie (która siedzi obok!), że nie chce, „bo nie!” Ma prawo nie chcieć. I nikt mu tego prawa nie odbiera! Ale ma też prawo nie chcieć zażywać jakiegoś leku, „bo nie!” Czy to oznacza, że rodzice mają zrezygnować z tego leku, dać mu je na siłę lub też przekonać do zażycia? Wyznaję opcję trzecią – „ubieram” zadanie w bardziej atrakcyjną formę, a kiedy nie pomaga, po prostu czekamy z rodzicami, aż dziecko się uspokoi (często w ramionach mamy!!) i przekonuję i zachęcam ponownie. W końcu się udaje J Czy to oznacza, że zadania rączką dziecka robię „na siłę”? Nie, tylko wtedy kiedy dziecko na to pozwala – mnie lub mojemu pomocnikowi – Filipowi. I naprawdę bardzo bardzo często zadanie wykonane rączką malucha i zachwyt „Brawo! Super to zrobiłeś” skutkuje tym, że maluch zaczyna ćwiczyć sam.

DSCF0818

Szacunek do każdego człowieka, niezależnie od metody i wieku dziecka, jest najważniejszy. Ale nie mylmy szacunku z „bezstresowością” terapii. To ma być zabawa z punktu widzenia dziecka, ale czasem to trudna zabawa i dziecko ma prawo się stresować, kiedy dopiero poznaje sposób, w jaki należy wykonać zadanie.

Nie stosuję przemocy w terapii. Coś, co przeciwnicy MK nazywają karą fizyczną, a mianowicie „uścisk kontaktowy” stosuję w celu kontaktu. Kiedy podczas terapii widzę, ze dziecko mi „odpływa”, nie skupia się na zadaniu, najpierw go wołam „Alan! Halo! Tu jestem”, a kiedy to nie pomaga LEKKO ściskam jego rękę. Tak aby poczuł impuls. I tyle.

2014-08-15 12.04.36

Czemu MK zakłada, że ludzie myślący obrazami są „nie teges” i koniecznie przestawia ich na myślenie językowe („błędnie zakładając, że to lewa półkula odpowiada za język”)? Od początku – za nabywanie języka odpowiadają obie półkule mózgowe. I prof. Cieszyńska o tym wie „Podczas opracowywania wyników badań testowych oraz przygotowywania ćwiczeń i programu stymulującego dla dziecka z konieczności upraszczam przekaz i używam określeń: prawopółkulowy i lewopółkulowy”. Dlatego w MK uczymy obie półkule – symultanicznie i sekwencyjnie. MK – podobnie jak wszystkie terapie neurlogopedyczne – zakłada (słusznie zresztą), że język jako system (czyli coś poukładanego) znajduje się w lewej półkuli mózgu (dla dociekliwych: bardziej aktywny jest w lewej półkuli mózgu). Zatem jeśli człowiek ma mówić POWINIEN myśleć choć trochę językowo, dlatego MK ułatwia naukę takiego myślenia. ALE NIE PRZESTAWIA! Jeśli autystyk myśli obrazem, to on już tym obrazem myślał będzie zawsze. Możemy jednak nauczyć go swoistego „przetłumaczenia” obrazu na język, nauczyć innego sposobu przetwarzania informacji, po to, aby łatwiej mu było komunikować się z innymi ludźmi. Komunikować się mową.

I tu przy okazji warto wspomnieć o najważniejszej rzeczy – po co MK uczy czytania? Po pierwsze po to, by dzieciom (a potem osobom) niemówiącym ułatwić komunikację. Pani w urzędzie naprawdę łatwiej jest coś przeczytać niż zrozumieć język migowy (którego ja osobiście nie postrzegam jako system „sztucznych gestów”, a jego ogromnym plusem jest to, że ma gramatykę, więc uczy myślenia językowego. Minus? Nawet w różnych częściach Polski znaki różnią się od siebie, migający z Poznania, będzie migał inaczej niż ten z Krakowa niektóre znaki). Bo celem MK jest dostosowanie do życia w społeczeństwie. Po drugie po to, by nauczyć systemu językowego, a przez to myślenia abstrakcyjnego.

Co na koniec? MK to nie jest zło. Trzeba tylko trafić na terapeutę, który ma cierpliwość do dziecka i umiejętność rozmowy z rodzicem. I takiego, który umie wyjść poza schemat i uelastycznić metodę do potrzeb dziecka.

Artykuł ukazał się w Poradniku Austycznym.

Komentarz

  1. Moim zdaniem powyższy artykuł dla osoby niewtajemniczonej w MK jest trudny do ogarnięcia. Ale można założyć, że większość tubylców „Centrum głoska” wie chociaż trochę o MK i powinna znaleźć coś dla siebie. Jest dużo praktycznych informacji w jednym miejscu. My skupiliśmy się na dzienniku wydarzeń – dziękujemy 🙂 Brakuje nam kopa (raczej mamie) – odwagi aby zacząć …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress