UWAGA!
Post NIE JEST skierowany do rodziców MOICH dzieci pomiędzy wierszami. Jak coś mi w terapii nie pasuje, to rodzice wiedzą o tym pierwsi, nie z bloga 😉

CHEMIA

To taki przedmiot w szkole. Nie cierpiałam. Nie znosiłam szczerze. Dalej ni znoszę 😛

To także pewne reakcje zachodzące w naszej głowie. Podobno kiedy się zakochujemy wydziela się w naszym mózgu więcej dopaminy odpowiadającej za dobry humor, koncentrację, miłe uczucia i noradrenalina, która powoduje pożądanie… Fajnie, nie? Tak sprowadzić wszystko do pierwiastków, atomów i neuroprzekaźników 🙂

Chemia.

Dlatego miłość nazywamy chemią.

Ale nie tylko miłość. Chemia to przecież poczucie pewnej sympatii, która rodzi się między dwojgiem ludzi. Mówimy, że „jest między nimi chemia”, albo że jej nie ma i wcale nie musimy mieć na myśli stanu wiecznego zakochania.

Taka sama bowiem chemia powinna utworzyć się między terapeutą a dzieckiem. Tylko „powinna” nie oznacza zawsze, że się tworzy. Kogo za to winić? Terapeutę? Dziecko? Oczywiście, że nie. Nikt nie jest winny. To normalne, że jednych ludzi lubimy, a innych nie. Dobry terapeuta jednak nie da po sobie poznać, że nie lubi dziecka. Tak, TERAPEUTA MA PRAWO NIE LUBIĆ TWOJEGO DZIECKA. I koniec i kropka 🙂 Tak samo, jak Ty masz prawo nie lubić terapeuty.

Dobry terapeuta jednak, mimo nie lubienia, będzie nadal pracował z dzieckiem z uśmiechem na ustach i najlepiej jak się da. Powody są dwa: po pierwsze – bo na tym polega profesjonalizm, po drugie – … zachowam dla siebie 😛

Do czego dążę tym postem? Ano do tego, że młode dziewczyny, prosto po studiach są mega emocjonalne. Aż za bardzo. Ja też jestem, ale nie przenoszę tego na terapię. JUŻ. Bo kiedyś przenosiłam. Przegadane lata z koleżankami – psycholożkami nauczyły mnie tego, że już nie czuję się winna, że nie lubię dziecka. Ale jednocześnie już wiem, jak tego nie okazywać. Brakuje takich szkoleń dla młodych terapeutek, nie sądzicie? Albo szkoleń z tego, jak wywołać taką chemię, o!

Bajka numer dwa: czasem nie lubię rodziców. CZASEM, bo częściej nie lubię tylko niektórych ich cech, np. gadulstwa pani Ewy, która mieszka na drugim końcu miasta i autobus dojeżdża do niej tylko co 20 minut ;), albo roztargnienia pana Tomka, który nigdy nie wie, gdzie jest zeszyt Nicole… 😀 Ale NIGDY nie przenoszę nielubienia na dziecko. JUŻ nie przenoszę. Bo kiedyś przenosiłam. I wiem, że niektóre dziewczyny przenoszą. Nie myślicie, że przydałoby się im szkolenia z nieprzenoszenia? Można połączyć z „chemią”.

RODZICU

Jeszcze kwestia do Ciebie.

Terapeuta nie jest Twoją własnością. Nie masz prawa złościć się na niego tylko dlatego, że nie jest w stanie dopasować się grafikiem do Twojego, że pracuje tylko (??) do 20.00, że nie pracuje w soboty i niedziele, że śmie wymagać od Ciebie ćwiczeń w domu lub, że nie ma efektów od razu. (A jak masz wątpliwości to skocz do innego… trzeci powinien rozwiać obawy o pracę dwóch pozostałych).

SZANUJMY SIĘ WE TRÓJKĘ, CO? Ty, Twoje dziecko i ja… Bo jak nie, to nic z tego nie będzie.. i tyle 🙁

IMAG0745

Komentarze

  1. Ten post spadł mi z nieba, bo akurat dziś miałam sytuację wymagającą takiego wyjaśnienia … a jestem młodym logopedą i tak jak piszesz jeszcze biore zbyt wszystko emocjonalnie. Pozdrawiam.

  2. Przepraszam za kolokwializm, ale w tym zawodzie i nie tylko w tym trzeba mieć twardą d**ę. Ja na początku studiów jak zaczynałam pracę logopedy w ramach wolontariatu tyle razy się nasłuchałam że wracałam do domu z płaczem i mówiłam mamo ja się nie nadaję. Teraz też się zdarza usłyszeć coś niemiłego, ale uśmiecham się przytakuje a swoje wiem i robię. A jak przychodzi weekend dzwonie do mojej przyjaciółki i „obgadujemy” co i jak 🙂 wszystkim życzę spokoju i wewnętrznego ZEN 🙂 pozdrawiam

  3. młodzi pedagodzy zawsze dostają po d**ie, czasem tylko dlatego że są młodzi. To mój ulubiony komentarz od rodzicieli moich podopiecznych – Jak będzie pani starsza to pani zrozumie.

    Pozdrawiam, młoda pani nauczyciel

    1. To dopiero moje początki w pracy i trudno mi uwierzyć w to, że dobry logopeda może nie umieć polubić jakiegoś dziecka… (nie chodzi mi o to, że każde dziecko ma budzić u niego TYLKO pozytywne emocje, ale jednak jakiś rodzaj polubienia). Znasz jakąś literaturę o lubieniu „swoich” dzieci, która odnosi się do problemu z polubieniem pacjenta/wychowanka/ucznia? Gdybym miała rodzone dziecko i byłoby ono na terapii u jakiegoś specjalisty, gdybym dowiedziała się, że ten go nie lubi, postarałabym się znaleźć dla niego innego specjalistę, nawet jeśli obecny zawsze starannie przyklejałby uśmiech do twarzy. Nawet jeśli ma on prawo nie lubić wszystkich dzieci.

      1. Widzisz… i teraz sprawa wygląda tak, że tak masz pracować, żeby NIKT poza Tobą nie wiedział, że go nie lubisz 🙂 Nie, nie znam literatury 🙂 Nie cała logopedia jest literaturą. Naprawdę lubisz wszystkich dookoła?

      2. Tak żebym kogoś ZUPEŁNIE nie lubiła, to chyba tylko raz mi się zdarzyło w dorosłym życiu, ale już dawno tej pani nie widziałam.

        Jeśli chodzi o literaturę, kiedyś zastanawiałam się nad kwestią, czy w sytuacji, kiedy terapeuta nie lubi dziecka, z którym pracuje, ma obowiązek posłać go do innego specjalisty. Albo czy da się tak w sobie zaprzeć, żeby kogoś polubić. Spotkałam się kiedyś z krążącym po sieci rachunkiem sumienia pedagoga czy terapeuty, w którym było pytanie, czy lubi swoich uczniów/pacjentów. Zapytałam o literaturę, bo zagadnienie mnie ciekawi, ale nie do tego stopnia, żebym już coś na ten temat znalazła 😉

        PS Jeśli nikt poza logopedą nie wie, że logopeda nie lubi danego dziecka, to po co tłumaczyć rodzicom, że terapeuta ma prawo ich dziecka nie lubić?

        1. Oj, bo czasem we wsi jest tylko jeden pedagog i logopeda. I to nie jest kwestia nie lubię uczniów, a kwestia „nie lubię ucznia” 🙂 życzę z całego serca, żebyś tylko na takich co lubisz trafiała 🙂

        2. Myślę, że jeśli powstało jakieś napięcie w tej rozmowie, to głównie dlatego, że nie do końca się zrozumiałyśmy.

          „Trudno mi uwierzyć” z pierwszego mojego komentarza nie oznaczało, że uważam to za niemożliwe, ale bardzo zaskakujące, kłócące się z moją (miejscami naiwną) wizją świata. Nie jest to dla mnie informacja, którą mogę tak po prostu przyjąć, wymaga pewnego przemyślenia, być może też doświadczenia lub usłyszenia czegoś więcej na ten temat (stąd pytanie o literaturę, w której mógłby się pojawić trochę bardziej rozwinięty wątek braku chemii z dokładniejszym opisem zjawiska u szeregu terapeutów.

          Jestem też pewna, że bez trudu przyjęłabym słowa: „początkujący logopedo, jeśli nie udaje Ci się polubić jakiegoś dziecka, Twoim zadaniem jest nie samo polubienie go, ale pracowanie z nim tak, jakbyś je lubił – być może z czasem rzeczywiście je polubisz, a być może będziesz tylko musiał/a sprawiać takie wrażenie”.

          Natomiast nie bardzo widzę sens informowania rodzica, że terapeuta nie musi lubić jego dziecka. Po pierwsze, rodzic i tak się o tym nie dowie, więc po co siać w nim ziarno niepewności, czy terapeuta lubi, czy nie, po co w ogóle rodzic ma myśleć w tych kategoriach? Po drugie, jeśli po terapeucie widać, że dziecka nie lubi, to chyba trzeba od niego z tym dzieckiem zwiewać.

          1. A wyczulas jakies napiecie? 🙂 Za bardzo Cie lubie:)

            Magda, po tym poscie w zeszlym roku mialam maile od rodzicow, ze zrozumieli… Nie wiem, moze bardziej zabrzmi Ci „Rodzicu, terapeuta nie musi kochac Twojego dziecka tak jak Ty je kochasz i uwazasz za najcudowniejsze na swiecie”? Naprawde nie wiem, jak wytlumaczyc o co mi chodzilo jeszcze inaczej. A moze – przepraszam za to, co powiem – to po prostu trzeba przezyc, zeby zrozumiec o co chodzi 🙂 Zobacz, ile jest komentarzy od terapeutow i nauczycieli tu i na FB za pierwszym razem publikacji… I ile maili od rodzicow „ma Pani racje, terapeutka nie jest glupia, moje dziecko jej po prostu nie lubi. Zmienimy.” I wiem, bo dostaje feedback, ze te zmiany wyszly dzieciom na dobre.

            Bo zauwaz ze post jest o diadzie dziecko-terapeuta. I o wzajemnym iskrzeniu. Jak dziecko nie lubi terapeuty to to wina dziecka? nie. Terapeuty? Tez nie. Tak bylo z niektorymi nauczycielami. Bo mam prawo nie lubic dziecka, obowiazek dobrze z nim pracowac. Ale gdy miedzy nami obojgiem nie ma chemii – mam prawo zasugerowac innego terapeute. Z niczyjej winy. Czasem nie da sie polubic…

            Jak spiewal Lombard „Przezyj to sam” 🙂

        3. Jasne, od początku nie uważałam, żeby sugerowanie innego terapeuty byłoby z czyjejś winy. Wręcz przeciwnie, na pewno wymaga to pewnej pokory i dojrzałości od terapeuty. No i – niestety – istnienia innych terapeutów w pobliżu.

          Mam cichą nadzieję, że „przeżyj to sam” nie nastąpi, ale po rozmowach z kilkoma osobami na ten temat, złapałam szerszy kontekst (pewien opis rozmowy z rodzicami bardzo mnie zaskoczył).

          Cieszę się, że przeczytałam Twój artykuł i dzięki temu po raz kolejny przemyślałam i przegadałam kwestię PRZED ewentualnym „przeżyj to sam” 😀
          Pozdrawiam serdecznie i życzę Tobie, sobie i wszystkim Głoskowiczom samej dobrej chemii!

  4. Post trafiony w samo sedno! Takie są jak najbardziej potrzebne. Życie uczy, niestety, albo i „stety”. Wszystkiego trzeba doświadczyć. A chemię znienawidziłam już od podstawówki a jednak jest potrzebna. Podejście emocjonalne to element naszego zawodu (mimo, że z czasem uczymy się je ukrywać, ale zawsze pozostaje w Nas, jeżeli kocha to, co się robi oczywiście). Pozdrawiam i dziękuję za „wywleczenie” tego co siedzi w każdej/ każdym z nas.

  5. Relacje między ludzkie są skomplikowane i każdy powinien „liznąć” trochę psychologi bo to przydaje się w życiu – nie tylko w pracy z dziećmi. Każdy zawód gdzie liczy się współpraca międzyludzka ( praca w korporacji, lekarz, nauczyciel, sprzedawca ) nie jest prosty.
    Pozwolę sobie na kilka wymądrzeń. Jeżeli wkurzamy się na dziecko,mamę,tatę,nauczyciela, logopedę itp zastanówmy się jakie zachowanie nas denerwuje – musimy znaleźć sedno problemu. Jak już wiemy w czym jest problem należy porozmawiać z tą drugą osobą – i tu pojawia się kolejna trudność. Nie krytykujmy nie oceniajmy – mówmy o swoich emocjach np zamiast powiedzieć „Pani źle uczy moje dziecko” można powiedzieć – „bardzo się obawiam czy te zajęcia w zupełności wystarczą”. Zamiast gniewać się na dziecko bo nie chce współpracować może warto porozmawiać z rodzicem i zamiast powiedzieć : ” Państwa syn/córka nie chce współpracować źle się zachowuje przeszkadza” można powiedzieć : ” czułabym się pewniej lub atmosfera i efekty byłyby lepsze gdyby udało mi się nakłonić syna córkę do większej współpracy dlatego chciałabym prosić Państwa o pomoc. Chodzi mi tylko o to że sposób przekazywania informacji jest kluczowy. To że nie lubimy danego dziecka rodzica czy nauczyciela i przyklejenie sztucznego uśmiechu nic nam nie da może tylko przeszkadzać. Lepiej zrobić coś aby to zmienić tylko trzeba wiedzieć jak aby sytuacji nie zaognić.
    Pozdrawiam Kasia

    1. Tylko tu nie w tym rzecz 🙂 Nie chodzi w tym poście o coś, że coś mnie denerwuje w zachowaniu dziecka… takie cuda to zazwyczaj.

      I nie chodzi też o hasło „nie lubię”, bo ja widzę, że źle jestem zrozumiana. Chodzi o to, co pomiędzy „lubię” i „nie lubię” – obojętność… tak, mam prawo nie lubić („lubię”) dziecka. Mam też prawo nie lubić („nie lubię”) dziecka. Idźcie do przedszkola i zapytajcie jakiejś starszej nauczycielki, żeby Wam odpowiedziała, czy wszystkie dzieci lubiła…

      Po prostu czasem nie iskrzy i tyle. I też uważam, że najlepiej wtedy zmienić terapeutę, ale czasem się nie da. I naszym zadaniem jest zrobić WSZYSTKO, by dziecko się na zajęciach nie nudziło/męczyło. Zapytałam kieyś pewnego nauczyciela, dyrektora ośrodka doskonalenia nauczycieli, co zrobić, gdy nie lubię dziecka w klasie, jak je polubić. „Nijak. Masz zrobić wszystko, by tego nie odczuło.” Od tamtej chwili (a było to dawno temu) uważam, że jestem człowiekiem i mam prawo do własnych odczuć. I nie chodzi o sztuczny uśmiech… a o serdeczność, uprzejmość, wygłupy.. tylko bez tej iskry lubienia…

Pozostaw odpowiedź Kasia Czyżycka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress