Często jest tak, że kiedy jesteśmy z maluchem na wakacjach „gdzieś” nie ćwiczymy z nim przy stoliku. I jest, że „pani Kasia powiedziała, że trzeba brać urlop od terapii” 🙂 Ok, powiedziałam. Ale powiedziałam też, że umiejętności zdobyte należy nadal ćwiczyć. Tylko już nie przy stoliku, a w życiu. To swoiste myślenie przez analogię – najtrudniejszy etap w nauce dziecka – przenieść układanki lewopółkulowe czy analizę wzrokową na życie. Oczywiście, zanim ten etap nastąpi, trzeba się trochę pomęczyć z tymi układankami czy analizą.
Tak samo jest z czytaniem. Gwarantuję, że jeśli dziecko dopiero zaczęło czytać paradygmat z P, to po dwóch tygodniach odpoczywania będziecie z nim od nowa ćwiczyć samogłoski. Dlatego od tego brać urlopu nie powinno się 🙂
No dobra, więc wolnego nie bierzemy 🙂 Siadamy sobie na dywanie czy przy stoliku, na karteczkach hotelowych wypisujemy paradygmat i…
Młode w ryk! Bo ono nie chce! Pisałam Wam już, że w takiej sytuacji najlepiej jest zamienić pracę w zabawę. Można uczyć misia, można karmić pacynkę… O właśnie, a jak nie mamy ze sobą misia ani pacynki?
Ja dzisiaj tak wpadłam. Nie miałam przy sobie NIC! a miałam ćwiczenia z 5latką. I trzeba było robić pacynkę na szybko. Co się przydało? 🙂
CZYSTY woreczek na odpady sanitarne (dostępny w prawie każdym hotelu), kilka patyczków (miałam akurat przy sobie różowe, ale Wy możecie mieć zwyczajne z lasu lub.. kolorowy papier toaletowy 😛 CZYSTY ofc :P), mazak i taśma lub plaster do klejenia.
Na szybko namalowałam Dzidkowi oczy, podkleiłam plastrem zęby (patyczki lub papier), włożyłam na rękę i… już Dzidek zżerał sylaby! 🙂 o tak 🙂
Jak widzicie, wszystko można wykonać z .. wszystkiego. Grunt to potrzeba (ta, co jest matką wynalazku :P)