Agresja dzieci niemówiących na zajęciach to problem dość popularny. Osoby, które nie mówią, w jakiś sposób muszą komunikować, że czegoś robić nie chcą. Na przykład ćwiczyć z logopedą 😉 Bo przecież każdemu się może „nie chcieć” prawda?
Pamiętam swoje pierwsze w życiu zajęcia na praktykach w Zespole Diagnozy i Terapii w SOSW na Spadochroniarzy w Krakowie. „Trafiła mi się” dziewczynka, wiek około 6 lat, chyba Julia z Zespołem Aspergera. I przyszło to zdezorientowane dziecko na zajęcia, pani Aga (terapeutka) siedzi na końcu pokoju, obok mamy, a ją do stolika prowadzi jakaś obca baba! Ba! w dodatku trzy inne baby się na nią patrzą jak na nie-wiem-kogo. Więc co robi *chyba* Julka? Najpierw zaczyna wrzeszczeć, płakać. A co robi Kasia? W momencie kiedy Julka wrzeszczy próbuje ją przekrzyczeć słowami „ułóż”, „daj”, „zrób”. Nie działa. *Chyba* Julka nie chce nic robić, więc zaczyna kopać, gryźć, bić itp. Ja w pierwszym momencie siedzę jak skamieniała. Niby było na zajęciach, że tak może być, ale nigdy wcześniej nie widziałam tak agresywnego dziecka. Po 5 minutach (wg dziewczyn, wg mnie z pół wieczności) wpadam na pomysł: „*Chyba* Julka, gdzie [a]?? Podrzyj [a]”. Cisza!! Mała patrzy jak skamieniała, kiedy JA drę [a]. Ona chce kolejną samogłoskę. „*Chyba* Julka, podrzyj [u]”. Działa! Mała zaczyna drzeć, uspokaja się. Reszta zajęć przebiega prawidłowo.
Psycholodzy mówią, że agresję dobrze jest wykrzyczeć lub/i wyruszać. W związku z tym, że czasem nie ma miejsca i możliwości wykrzyczenia się, dobrze byłoby na zajęciach się wyruszać. Ale! Czasem pokoiki dzieci są tak ciasne (w Hamburgu dojeżdżam na zajęcia do dzieci), że nie ma możliwości pobiegać, poskakać itp. Wtedy trzeba wyruszać się inaczej. Z mojego doświadczenia wiem, że czasem wystarczy jedno małe ćwiczenie pomagające uwolnić agrechę, a potem dzieci już ćwiczą prawidłowo.
I nie, darcie sylabek, samogłosek czy obrazków, nie jest moim ulubionym ćwiczeniem na złość. Potem dookoła jest pełno papierków, a niektórym dzieciom tak się to zajęcie podoba, że potem niszczą mi wszystko inne. A tak się nie da. Dziecko musi znać granice.
Dlatego do wyładowywania mam taki oto zestaw.
Wygląda choć trochę tajemniczo?? Dla dzieci tak! Te, które krzyczały „nie chcę” ot tak, dla zasady, w tym momencie przestają. Reszta jeszcze krzyczy, ale zainteresowanie budzi taki widok:
Co to? Kto to? To mała igiełka
i miękka gruba podkładka
Na tejże podkładce kładę kartkę, najlepiej sztywną. I rysuję coś. Dla chłopców najczęściej auto. Na ulicy 😉
A poważnie: każdy obrazek musi mieć taką „podstawkę” złożoną z trzech prostokątów. Dlaczego? O tym później;) Teraz wyjaśnia się tajemnica (dzieciom, rodzice pewnie już od dawna rozumieją o co chodzi). Tadam!!! Wbijamy igłę w kontur auta.
 A potem w kolejne miejsce na konturze i kolejne
To jest właśnie ten moment kiedy najbardziej zdenerwowane  i zezłoszczone dziecko wyrzuca z siebie złe emocje (zabrzmiało jak na jodze;P). Może kłuć tą igłą i nikt ani nic mu nie przeszkadza. Zaniepokojonym rodzicom wyjaśniam, że igiełka jest z gatunku tych „tępych”, ukłucie w palec nie powoduje rozlewu krwi. Ale!! Zawsze jestem obok dziecka, żeby mu nie przyszło do głowy wypróbowywać igły np. na oku. Choć fakt jest taki, że jeszcze żadne dziecko nie kuło w inne miejsce niż kartka i podkładka.
Co nam daje to ćwiczenie? Ano to, że z tej złości coś może wyjść. Że nawet złość można kreatywnie wykorzystać. Jak? Otóż jeśli ukłucia igiełki są robione bardzo blisko siebie, poszczególne elementy można z kartki wyjąć 😉
A potem można wyjąć z obrazka całe auto!! (na filmie trochę pomagam sobie stopą, ale trudno jedną ręką trzymać telefon (przepraszam, że telefonem!), a drugą wyjmować.)
Należy pamiętać tylko o tym, aby nie przecinać „podstawek”  i odpowiednio je zagiąć, tak aby auto stało.


Czy to czegoś uczy?
a) kreatywności,
b) motoryki małej i precyzji ruchów,
c) często odgłosów dźwiękonaśladowczych.I wreszcie odpowiem na częste pytanie: Czy walczę ze złością dzieci na zajęciach? Nie. Ale staram się ją oswoić.  Dlaczego? Bo mam – najczęściej – tylko godzinę czasu w tygodniu na zajęcia. To mało. Za mało, żeby sobie pozwolić na nic-nie-robienie. Oczywiście wszystko zależy od wieku dziecka i jego umiejętności, rozumienia rzeczywistości. To z czym natomiast walczę to krzyk, którym dziecko chce coś wymusić. Nie „podążam za dzieckiem” w potocznym rozumieniu tej frazy, tj. nie robię z nim na zajęciach tego, co ono chce. Ćwiczenia wybieram ja. Są dostosowane do wieku i zaburzenia lub umiejętności dziecka. Staram się nie powtarzać ćwiczeń, które wiem, że dziecko potrafi (w przeciwieństwie do dzieci: one w większości lubią te ćwiczenia, które wiedzą, że umieją wykonać). Podążam za jego wiedzą i rozwojem. Za tym, co już umie, a czego jeszcze nie. Czasem za ulubioną bajką 😉 i tematyką. Ale nie pracuję na zasadzie pajdokracji. NIGDY nie pozwalam się bić, gryźć, kopać. Zwracam maluchowi uwagę, odsuwam się. Wiem, że dziecku należy się szacunek. Ale mnie też.

Komentarze

  1. Ja mam rysowanie na to, to znaczy, mniej więcej: „Oj widzę, że ściekły jesteś! Szybko! O! Tu narysuj jaki jesteś zły!” Działa. Nawet na duże dzieci.
    Ale pomysł ze „szpilkowaniem” bardziej mi się podoba! Coś fajnego zostaje. Wypróbuję!

  2. Pamiętam te zajęcia. Każda z nas miała wtedy „przejścia” :). U mnie ostatnimi czasy doskonale działa nagroda w postaci wbijania pieczątek do zeszytu za ładną pracę. Jak dziecko czegoś nie chce i zaczyna się złościć to przypominam o pieczątkach i już mam spokój. Natomiast w przypadku dzieci z autyzmem i ich krzyczeniu przez 60 min…Chyba nic nie działa 🙁

  3. 🙂
    Kupowałam w Pepco jakiś czas temu. W zestawie: igła, gąbka (podkładka) i 9 szablonów do wydziurkowania za zawrotną kwotę 2,99 zł 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress